Imigracja a interkulturowa rzeczywistość

Przyjemną formą spotkań interkulturowych we własnym kraju są turyści: przyjeżdżają, zostawiają pieniądze i odjeżdżają. Mniej przyjemnym przejawem interkulturowości są imigranci: przyjeżdżają, nie mają pieniędzy i zostają.
Dlatego dla wielu imigrant jest „dopustem Bożym”. Mówię to na serio, chociaż – a może właśnie dlatego – że sama jestem imigrantką. Imigranci drażnią nasze zmysły, pachną obcymi potrawami i przyprawami lub… zbyt dużą dawką perfum. Mężczyźni mają za duże garnitury albo chodzą w podkoszulkach na spacer. Obce kobiety są albo od głowy do stóp pozasłaniane, noszą długie – niestety niepiękne – płaszcze lub wyglądają jak lalki Barbie: za dużo makijażu, zbyt wysokie obcasy, za obcisłe sukienki, często bardzo krótkie… za krótkie… którymi drażnią zmysły mężów i niepokoją ich żony.

Wielu imigrantów nie potrafi dobrze albo wystarczająco dobrze mówić w języku kraju, który ich przyjął. Czasem zupełnie nie potrafią się porozumiewać w lokalnym języku. A ci, którzy już język poznali męczą nasze uszy swoim komicznym akcentem i błędami.

W miejscu pracy denerwują długą – dla „normalnego” słuchacza – niezrozumiałą, niepewną argumentacją. Opowiadają dowcipy, których nikt nie rozumie, śmieją się w niewłaściwych momentach, każdą uwagę biorą sobie do serca i postrzegają ją bardzo osobiście. Szybko się obrażają.

To męczy umysł. Takie doświadczenia przeszkadzają, denerwują, aż „bolą” uszy i oczy. Szoku kulturowego, niepewności uwarunkowanej różnicą kultur, dezorientacji, agresji, zmęczenia doświadczają nie tylko imigranci na progu kultury europejskiej, ale również tubylcy. Bowiem migracja zmusza do „podróży” kulturowych również miejscowych. Również ci, których poznawanie nowych kultur nie interesuje muszą się z tym tematem zmierzyć i to w bardzo trywialnych codziennych sytuacjach: u piekarza za rogiem czy na przystanku pod domem.
Tubylcy mają przewagę, „grają przecież na własnym boisku”, co daje im możliwość „schronienia się”, poradzenia sobie z dyskomfortem spotkania z obcym.

Ale ich także dotyka międzykulturowa rzeczywistość. Wiedza o tym jak trudno jest zaakceptować obcego jest bardzo stara. Można o tym przeczytać w europejskiej chrześcijańskiej mitologii – Starym Testamencie. Znajdujące się w nim wezwani: „miłujcie cudzoziemca”, które czytamy np. w księdze Deutronomium (10.19) jest poleceniem dla tubylców. Moim zdaniem autor tego tekstu już wtedy wiedział, że „obcy” jak ciało obce drażni, przeszkadza i jest najczęściej odrzucone. Hebrajski wyraz `hb (ahav; pl. miłować) pokrywa się znaczeniowo z polskim słowem „miłować”. W czasach starotestamentowych oznaczało to przede wszystkim zapewnienie przybyszowi żywności, ubrania i dachu nad głową. Teraz, gdy Europa cierpi na przesyt wszystkiego, darowizna w postaci ubrań czy pieniędzy, nie jest już wyrazem miłości, ale przede wszystkim… nadmiaru. Dzisiaj „miłowanie obcego” oznacza szacunek do niego, uznanie jego umiejętności oraz wspieranie go w procesie przemian, z którymi każdy imigrant musi się zmierzyć, jeśli chce zdobyć przyczółek w „nowej kulturze”. Przede wszystkim oznacza to jednak „szansę na uczestnictwo”…, czyli szansę na integrację. Jednak, szansa na integrację musi być związana z wolą integracji migrantów. „Kochać” obcego oznacza przede wszystkim, wyjaśni
mu nasze wartości i nasze prawo. Drugim krokiej jest oczekiwanie wypełniania prawa przez migrantów. Jednak bez znajomości i jasności norm i zasad naszego codziennego życia, adaptacja imigrantów jest bardzo trudna lub wręcz niemożliwa.

Z moich obserwacji wynika, że żaden imigrant, nawet ten ze świetnym wykształceniem, perfekcyjną znajomością języka oraz zdecydowaną wolą integracji nie ma szans na włączenie się w społeczeństwo i na stwarzanie swojej nowej rzeczywistości, jeśli nie znajdzie nikogo, kto by go przyjął i (wy)baczył mu, czyli nie baczył na… jego inność i nie obwiniał go z tego powodu, lub nie zniesławiał.

Migranci potrzebują naszej akceptacji i naszego „zwrócenia się w ich stronę”, aby mogli integrować się w naszym kraju, Europie oraz z Europą. Imigranci tak często będą mieć szansę na integrację, jak często spotkają „miejscowych” przyjaciół. Bez tej przyjaźni trud integracyjny imigrantów nie ma szans na sukces.

«